| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Kategorie: Wszystkie | O autorze | Wpisy
RSS
środa, 13 kwietnia 2011
Bond

 

Świetne widowisko. Obok Babel, zrobiło na mnie największe wrażenie. Wyśmienite teksty. Rano po spektaklu obudziłem się i pospisywałem sobie, co chciałem tu napisać, ale zgubiłem gdzieś te notatki. Więc cóż. Napiszę z pamięci, bardzo wybiórczej pamięci.

Mowa Abdulaha (chyba tak miał na imię tatuś z czerwonym guzikiem do wysadzania świata) – końcowa, bardzo precyzyjna: radykalna konsekwencja świata jednoosobowego (tempting), a rozwiązanie jego dylematu przez córkę - jeszcze precyzyjniejsze.

Barwna groteska, ryzykanctwo artykulacji wszystkich tabu (muzułmanie, Żydzi, Rosjanie, Polacy itd. – w wyśmienitym chórze).

Przepoczwarzanie się postaci, to zawsze jest ciekawe poznawczo (kierowniczka Bonda raz oficjalna, raz zapijaczona, podobnie Bond miał pod koniec chwilę słabości).

Teksty podawane w olbrzymich ilościach nie do przetworzenia, z mojej perspektywy teksty wyśmienite (także te ogólno-filozoficzno-mądrościowo-ideologiczne). Brane w nawias, niuansowane. Z braku notatnika, nie podam przykładów, czytelnikowi pozostaje uwierzyć lub nie uwierzyć mi na słowo.

Ogólnie widz (czyli ja) po spektaklu dostaje małego zamieszania w głowie, poznawczego przewietrzenia wybranych rutynowych schematów neuronalnych połączeń.

Spektakl chyba nie ma przesłania, za co Bogu dziękować, każdy wtręt ideologiczny łamany zostaje na różne sposoby. Ta krótkość ideologicznych wątków bardzo jest mi  bliska.

Mam nadzieję, że pochwały nie są jak kula śnieżna, i  nie nakręcam się sam własnymi słowami wtłaczając w autorów to jedynie, co sam chciałbym widzieć.

Kaznodzieja wyśmienity, reakcja na kaznodzieję – także. Śmierć agentki Mosadu – poruszająca. W ogóle konstrukcja tej postaci – intrygująca.

Były też chyba słabsze momenty, jakiś monolog mniej przekonujący, gdzie aktor nie wyrobił na zakręcie.

Może rzeczywiście z takiego eksperymentalnego teatru wykluwa się jakaś NOWA SZTUKA.

Chyba, że wszystko już było…

Tadeusz Bartoś

14:48, tadeusz_bartos , Wpisy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Dynastia

Krytyka raeganizmu, mechanizmów zarządzania firmą nie jest wzięta w cudzysłów, raczej jest dokonywana z pełną powagą, jest rodzajem moralnego oburzenia, jak to się u tych kapitalistów dzieje. Rzec by można, współczesny świecki moralitet. W duszy bohatera dokonuje się walka między dobrem a złem. Upersonifikowanym złem są mechanizmy kapitalizmu, dobrem jest kontrkultura upersonifikowana w chorym na AIDS odrzuconym przez rodzinę Steven’ie. Prostota i naiwność schematu dokładnie taka sama jak średniowiecznym umoralniającym spektaklu. Perspektywa słuszna przecież, bo przecież takie rzeczy złe dzieją się na tym złym świecie. Tylko ta łopatologia…

„Ty mnie interesujesz, mówi Steven do Dextera: Jak ty jako prawnik z Yale nie wiesz, że nafciarze z Teksasu będą zawsze zainteresowani wojną. A ty nie wiesz, że wojna jest zawsze zła. Ten banał powinien cię zabić”.

Choć z drugiej strony, przecież i takie pouczające sztuki są potrzebne, tak jak były potrzebne w dawnych czasach, trzeba jakoś ludzi uczyć gdzie dobro, gdzie zło, co słuszne, co nie. Gdzie zdrada, gdzie wierność, że cel nigdy nie uświęca środków, że zdradzając zostaniesz zdradzony, że nie jest dobrze wchodzić w pakt z diabłem, i imperia kierują się zawsze swoją imperialną polityką.

Dłużące się do bólu monologi odrzuconego przez rodzinę chorego na AIDS Steven'a nie pomagają widzowi. Męczące dłużyzny wymagają hartu ducha. Wyraźnie widać, że sztuka wymaga poświęceń od widza. Choć jest pod koniec trochę barwnych, fajerwerkowych, orgiastycznych scen, cieszących oko i ucho.

Tadeusz Bartoś

 

12:41, tadeusz_bartos , Wpisy
Link Komentarze (2) »
Trylogia

Przedstawiona w formie rozrywkowej historia naszych narodowych bohaterów. Śmiesznie poubierani w dresach  emeryci. Wyśmienicie wszystko zagrane, zabawa przednia. Godna podziwu aranżacja całości. Takie ogólne robienie sobie jaj, ale bardzo sympatyczne, nie szydercze. Miłe, przyjemne, muzyka przyjemna, wszystko bardzo fajne. Całość przedstawiona mniej więcej po kolei, tak jest stoi u Sienkiewicza, jeśli dobrze pamiętam, choć mogę dobrze nie pamiętać. Czterogodzinny spektakl trzyma do końca w rozrywkowym napięciu. Kończy się smutno, tak jak kończy się w smutno w książce, mową nad bohaterem Wołodyjowskim, który wysadził się w Kamieńcu.

Sztuka nie jest rewizją mitu sienkiewiczowskiego, jest raczej dobrą farsą, z dystansem, przymrużeniem oka, pokazaniem, że my umiemy sobie z dystansem na to spojrzeć, zakpić. I tyle. Bo polskie mity dalej nami rządzą. Przynajmniej w tym spektaklu. Głupio tak wprost się przyznać, więc trochę trzeba sobie pokpić. Jak romantyzm, pisał Gadamer, był żyrowaniem oświecenia, prostą reakcją, a nie jego zniesieniem, podobnie tutaj, śmiech utwierdza nas jedynie w sienkiewiczowskim paradygmacie. Umocnieni w polskości wychodzimy dziarsko ze spektaklu. Dosłowność wzruszenia mowy końcowej wyraźnie to potwierdza, efekt polskiego bohatera ginącego dla sprawy ojczyzny zostaje w nas ugruntowany. Przez śmiech rozrasta się w nas Zagłoba, pęcznieje Wołodyjowski. Ku pokrzepieniu serc.

Tadeusz Bartoś

12:40, tadeusz_bartos , Wpisy
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 kwietnia 2011
Babel

 

Mam wrażenie jakby ta sztuka kiedyś mi się śniła. Dzięki zakończeniu – koncert rock’owy, sześć piosenek, dosyć pogodna muzyka zderzona z szokującymi tekstami: nożem od chleba dobrze głowy nie obetniesz, musisz wziąć prosty nóż i wbijać, żeby nie było dużo roboty i żeby głowa nie skakała.

Bez tego zakończenia całość pozostałaby niedomknięta. Ono było potrzebne.

Kontrast, zderzenie światów bardzo odmiennych – to najbardziej robiło wrażenie. Cielesność jest tematem, psychoanalityczna ciemność kompleksu Edypa. Trzy (albo cztery) matki, które rozmawiają w kostnicy z martwymi synami o seksualnych relacjach (dużo o jedzeniu ciał zmarłych, by się nie marnowało, matki chcą zjeść synów, co nie powinno aż tak dziwić skoro tysiące ludzi je syna co niedziela, mówią dużo o seksie z synami, itp.) Odtwarzane jest bez ogródek wiele innych relacji syn-matka z codziennego życia rozmaitych warstw społecznych.

Postaci pojawiają się w ich aurze, każda ma swój klimat, nastrój, podane są całościowo, zestawiane ze sobą, są jakby wielowątkowym opowiadaniem. Później domknięte zostaną rozmaite ich wątki w chóralnym śpiewie matek i synów.

Działanie obrazem, który co tu dużo mówić, wyrafinowane. Można by powiedzieć o pięknie, jeśli jeszcze to słowo jest w użytku. Obraz jest głęboko przemyślany, zharmonizowany ze słowem, muzyką. Nie dam rady tego bardziej opisać.

Osobliwe są całościowe zmiany obrazów następujących po sobie etapów trzygodzinnego spektaklu. Udane zmiany, które szczególnie działają na odbiorcę (jest w tym także wzięcie pod uwagę widza, by go nie zamęczyć). Nakładanie się radykalnie odmiennych wglądów jest jakby intuicyjnym, poza-racjonalnym (właśnie z poziomu snu) budowaniem skojarzeń: dosłowność, okrucieństwo cielesności, zakazane na jawie pragnienia, później cielesność przetworzona, obrazy symboliczne, uduchowione, Chrystus na krzyżu. Woda, która funkcjonuje najpierw jako miejsce jakichś czeluści, kostnicy, pod koniec staje się kąpieliskiem, miejscem radosnej zabawy, pluskania młodzieży w strojach kąpielowych. Co za ulga! Ablucja, rytualne zmycie całego tego brudu. Można by powiedzieć – katharsis.

To nakładanie się klimatów robi największe wrażenie, nie wiem jak je opisać, zobaczenie w tym samym radykalnie odmiennych rzeczy. Jest takie słowo, którym chciałbym to nazwać, ale go nie pamiętam. Nakładanie się obrazów, które nawzajem siebie objaśniają (ale pozaracjonalnie, tam, gdzie dostęp ma tylko intuicja). Jakby rodzaj inkubacji (choć nie do końca o to chodzi, bo to bardziej proces a nie punkt końcowy).

No i ten koncert na końcu! Sześć piosenek. Inny refren: zmuszę cię do masturbacji w towarzystwie pięknych dam, a na deser zjesz ich gówno: jak wyszkolić sobie ludzkiego psa (to a propos jakiegoś sadysty żołnierza, który w ten sposób męczył podwładnych, o którym jego dziewczyna mówiła, że jest bardzo fajny). Można by powiedzieć: taki to ten świat w którym żyjemy, piękne piosenki, nie zawsze piękne rzeczy, ukrywane głęboko. Tylko sny nie dają się oszukać.

***

Żeby obraz spektaklu był czytelny, bo boję się, że z mojej wypowiedzi jednak jest zbyt słodki, kilka cytatów pokazujących zasadniczą część dzieła, eksplorującą temat cielesności, człowieka jako ludzkie mięso, chodzącego trupa, przedmiotu: dlaczego dobro, łaska leżą teraz w klozecie, moja łaska wypadła mi do kibla; żeby być ludożercą trzeba wiedzieć, co daje się zjeść, penis – nie do zjedzenia; dla kontrastu: seks stał się bezosobowy, dziś liczy się tylko ciało – mówi słodki grubas; matka do trupa syna: muszę cię zjeść skoro nie możesz mnie posunąć, matka chce wchłonąć wszystko co pozostało po synu szczotki itp.; syn chce mnie zerżnąć, tylko mnie chce; jest wątek fletu, dmuchnięcia w dupę, Marsjasza dmuchnąć w dupę, itp. Trzecia (chyba) matka czyta poezję pogrzebową, scena jest dramatyczna - klimat odmienny, dokonuje jakiegoś obrachunku z cywilizacją, z jej syna nic nie zostało (nie ma trupa), tylko zdjęcie: pytają mnie czy ja mam dziecko – krzyczy. Co mam powiedzieć – krzyczy rozdzierająco, i pokazuje szew po cesarskim cięciu. Zaczyna się śmiać.

Tadeusz Bartoś

14:51, tadeusz_bartos , Wpisy
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 kwietnia 2011
Kaspar

Z materiału prasowego WST wiemy, że sztuka będzie o stwarzaniu człowieka przez język.

„Jedna z najbardziej intrygujących postaci XIX wieku, Kaspar Hauser – przybłęda, którego przeszłość stała się obiektem spekulacji całej Europy – zainspirowała austriackiego pisarza Petera Handkego. Głównym tematem jego dramatu, wystawionego przez Barbarę Wysocką, jest proces stwarzania człowieka – a także unicestwiania go – przez język. W swojej realizacji na pierwszy plan reżyserka wysuwa kwestię wykluczenia jednostki i próby przystosowania jej na siłę do norm społecznych”.

Sztuka robi wrażenie. Wbija coś człowiekowi do głowy. Tak jak aktorzy próbują wbijać zdanie do głowy Kasparowi (oryginalny bohater nie umiał mówić w wieku 16 lat, wtedy też wypowiedział swoje pierwsze zdanie) i wyjaśniają mu jakie korzyści odniesie z pierwszego wypowiedzianego zdania. Krzykliwa nadekspresyjna forma, jak to zwykle na naszych współczesnych sztukach przełamujących tradycyjne bariery, tutaj staje się narzędziem pożytecznym. Nie wiem kto lubi krzyk przez godzinę, więc nie jest przyjemnie, ale coś się dzieje, jest jakiś dramat, czekamy co wykluje się z tego Kaspara. Teksty, choć wypowiadane z prędkością karabinu maszynowego, podejrzewamy, mają jakiś sens, ujawniają orientację autora tekstu w psycholingwistycznych mechanizmach. Słuchacz więc (widz ewentualnie) chce się wsłuchać…

„Chcę stać się taki jakim był ktoś inny” – to zdanie wypowiadane przez Kaspara jest tutaj projektem.

By ukazać językowość konstruowania osobowości śledzimy szereg językowych zabiegów: mamy więc rwącą się mowę, rozpadającą się strukturę syntaktyczną wypowiedzi: wtedy nie miałem jeszcze tyle bólu w głowie, dom zrobił…. Itp.

Dziesiątki repetycji rozmaitych zdań z powtarzającymi się frazami, takimi jak, „Jest oczywiste, że,, „nie prawda, że”, jeśli… to, itp.

Mamy rozbijanie struktur języka na struktury wolitywno-intencjonalne: „Czujesz że możesz, bo możesz”, „jestem, byłem, jestem będę, chociaż byłem będę, ilekroć byłem będę…”

Wreszcie monologi Kaspara i jego nauczycieli zdają sprawę z osiągniętych rezultatów edukacji.

Jest w tym wszystkim jakaś logika rozluźnienia, wydarcia z natury tego, czego ona dać już nie powinna.

Tożsamość i funkcjonalność człowieka wyznaczana jest przez proste formuły językowe: „ja” „ty”,  i nie jest to filozofia dialogu (na szczęście), ale coś bardziej pierwotnego, biologicznego, konstytuowanego naciskiem, oporem, przemocą. W końcu ustanawianie tożsamości ludzkiej, która przecież nie istnieje poza językiem, z kilkunastoletnim opóźnieniem, to trochę jak robienie witki ze starej gałęzi. Wyraża to ciągłe poprawianie Kaspara, zamęczanie go tekstem, dyktowanie tekstem, tworzenie tekstem. Wtóruje temu w pewnym momencie szczegółowy opis tortur, kneblowania, wkładania pręta do nosa, wzięcia do galopu. Podobnie w tym duchu brzmi uwaga: Jeśli nie można zmienić stołu musisz zmienić siebie sam. Mamy więc szczegółowe obrazy tak zwanego oporu materii.

Wrażenie ogólne jest takie, że uczestniczymy w spektaklu narodzin Mowy. Gdyby by to było prawdą… mamy ciekawe konsekwencje. Jeśli bowiem dopiero przy takiej intensyfikacji, gwałcie, i przemocy rodzi się język (a takie wrażenie chce chyba ten spektakl na nas odcisnąć), to dopiero na tym poziomie możliwa jest komunikacja. Wyrywanie przemocą języka z topornego ciała - to warunek możliwości słowa. Już tylko krzyk może być rozmową. A cała reszta?

Co po zakończeniu spektaklu? Włączamy sobie telewizor, tam cicho się sączą jakieś zwykłe mowy,  i nie koniecznie musi to być od razu „M jak miłość”. Nawet coś bardziej szlachetnego, jakieś godne podziwu dzieło sztuki (taki miałem chwilowy niepokój wewnętrzny w trakcie spektaklu: jak ja teraz będę się karmił banalnymi historyjkami, skoro tutaj nam się wielkie słowo narodziło). Bo przecież jeśli komunikacja jest wtedy, kiedy trzeba wyrywać z ciała słowo, jakby na fizycznych torturach, to cały ten świat słów zwykłych jest nierzeczywistością. Potrzeba przemocy i gwałtu by zaistnieć, by przeżyć rzeczywiste, usłyszeć słowo, poznać prawdę, zobaczyć rzecz samą w sobie czy jakkolwiek byśmy tego nie nazwali (na tym kończę by nie brnąć w nadinterpretacje).

Tadeusz Bartoś

14:32, tadeusz_bartos , Wpisy
Link Komentarze (1) »
środa, 06 kwietnia 2011
Szosa Wołokołamska

Czysta forma wygrała, ekspresja i wyraz, wrażenie przeogromne, jak to zwykle, krzyk, ciała wijące się po podłodze, samochód na scenie. A kto szuka treści ten nie rozumie chyba sztuki współczesnej, cholera jasna!

Najpierw przeżycia dowódcy batalionu, który kazał zabić żołnierza, by innych zdyscyplinować, od dezercji odwieźć. Później biuro, a w nim jakaś walka o to kto kogo wygryzie.  Uwagi w rodzaju, państwo potrzebuje wrogów, by się jednoczyć. Coraz więcej pseudointelektualnego bełkotu. Ale przecież o formę idzie, a nie o treść – matołku (sam do siebie mówię).

Towarzysz strażnik, poleca mu jego przełożony, ma przejechać na czerwonym świetle w mundurze i sam na siebie donieść (następuje wypadek i śmierć). Komentarz: nie zginął na marne, zginął na froncie dialektyki, wszedł w sprzeczność. Trzeba postawić pomnik nieznanego strażnika (to może aluzja do systemu stalinowskiego, albo do ofiary smoleńskiej?).

Następnie mamy ślub funkcjonariusza z biurkiem (przyklejenie). Akta jego organami. Człowiek jest procedurą - wnikliwe spostrzeżenia przyklejonego. Co się dzieje jak biurko sra, pyta dalej, jak się pieprzy, jak później inne biurka rodzi, itp. Słuchamy cierpliwie, pewien niepokój w serce się wkrada, czy tak już będzie już do końca spektaklu.

Okazało się jednak, że przyklejony do biurka się odkleił i zaczął grać na gitarze. Teraz mamy syna, raczej zbuntowanego, syn ojca stalinowca politycznie ojca piętnuje, syn po słusznej stronie, ojciec go karci, wyciąga z kłopotów. Jakaś szlachetność syna wyraźnie się ujawnia: wolność, ruscy precz, program partii, rozliczenia, Budapeszt, Praga, nie płakałem – zabrakło mi łez. Ostatnia fraza sztuki, to wielokrotnie powtarzany przez gitarzystę refren „zapomnieć”. Wychodzimy ze spektaklu, „zapomnieć” brzmi w uszach.

Tadeusz Bartoś

PS. Od kilku dni tyle się brzydkich słów nasłuchałem, jakby trochę się czuję przez uszy zgwałcony, więc już nie wiem, czy dobrego smaku nie tracę. Wiadomo, kto z kim przestaje... Za co z góry wszystkich bardziej wrażliwych na piękno polskiej mowy przepraszam. T.

 

15:23, tadeusz_bartos , Wpisy
Link Komentarze (3) »
wtorek, 05 kwietnia 2011
Niech żyje wojna

Interesujące uwspółcześnienie kultowego serialu Czterej pancerni i pies. Autorzy sztuki zdają sobie sprawę jak bardzo przekłamano prawdę o tym czym była wojna Armii Czerwonej i sojuszniczej naszej Armii Ludowej z niemieckim okupantem podczas drugiej wojny światowej. Postanowili więc napisać prawdę. Całą prawdę. W prosty i bezpośredni sposób. I za to im chwała. Dziękujemy. Pokazali, że nie było tak pięknie pomiędzy polską armią a armią radziecką, że przyjaźń między czołgistami też niekoniecznie musiała być idealna. A poza tym, że dziewczynki nie musiałby być koniecznie tak dziewczęce i… co tu dużo mówić, dziewicze,  jak film błędnie pokazywał, nadmiar idealizmu sącząc w umysły mamionych PRL-owską propagandą widzów. Raz jeszcze, chwała za to twórcom sztuki. Naprawę dzieło zmienia nasze spojrzenie na te bolesne sprawy z przeszłości. Dziękujemy.

A teraz przystąpmy do szczegółowej rozbiórki dzieła. Tekst pełen jest cytatów zarówno z języka kombatancko-patriotyczno-narodowowyzwoleńczego jak i z młodzieżowo-luzacko-jakiegoś tam. Tak jakbyśmy zajrzeli na chwilę do głowy współczesnego młodzieńca (już to samo w sobie jest ciekawym momentem poznawczym). Nasza martyrologiczna kultura napchała w te głowy waty ojczyźnianego bełkotu w ilości wybuchowej. Reżyser postanowił nam to wszystko wyłuszczyć.. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. A kto ma uszy słabsze, niech patrzy na angielskie napisy, jedyny ratunek przy nikłej słyszalności aktorskich wypowiedzi.

Wyśmiewanie Polski, odczarowanie jakoś słuszne i właściwe, odczarowanie świadome, demaskowanie poprawne… i przez to dosyć schematyczne. Niekiedy dobry kabaret bywa lepszy, a niekiedy wałbrzyska grupa bierze górę.  Ale i tak to jest to na pewno wydarzenie sezonu i to niejednego, gdyby spojrzeć szerzej (choć tym niech się zajmują teatrolodzy).

Podziwiać  należy autorów sztuki, że zdołali zebrać tak bogaty materiał cytatów, to rzeczywiście dzieło imponujące, przedstawione w formie bełkotliwego nakładania się stylów, tym bardziej robi wrażenie – właśnie zamierzonego bełkotu. Podejrzewam, że taki zapis jest rodzajem literackiego skarbca dla archeologów języka polskiego. Możliwym przedmiotem badań rozlicznych.

Większość scen mało śmieszna, pewnie znów – śmieszna być nie miała, tylko publiczność rechotała. Gdyby inaczej nastawić się na odbiór tej sztuki, bardziej jak na groteskę, coś raczej wielowymiarowego, aniżeli na kabaretowy sitcom, gdzie z automatu wybucha śmiech co 30 sekund tak jak wybuchał z naszej publiczności, pewnie moglibyśmy tę sztukę odczytać inaczej. Aleśmy nie odczytali. Nie ten nastrój, a okazuje się że odbiór jest zbiorowy, i duch masy rządzi na widowni. Tym bardziej, że ściśnięci byliśmy jak w czołgu (słusznie zauważył sąsiad po lewej), mało co było widać, mało co słychać (nie wiem czy to braki w dykcji aktorów czy celowy zamysł naturalizacyjny), i duchota iście czołgowa. Szczęśliwie wspomniane już napisy angielskie pomagały zrozumieć o co chodzi. A może to był głębszy artystyczny zabieg - tłumaczyć polskie sprawy w uniwersalnym języku naszych czasów?

Tu jednak znów nachodzą mnie wątpliwości czy wszystko da się w tej sztuce odczytać wielowymiarowo. No bo jak mamy w ten sposób odczytać choćby tekst o mamrotaniu… i aktorski komentarz do niego - babki w kościele mamrotają swoje pacierze. Wszechobecna kpina i szyderstwo, może taka jest nasza młodzież dzisiejsza, westchnąłby staruch (poczułem się staruchem na tej sztuce – co przecież jest jakoś niesprawiedliwe).

Autorzy spektaklu świadomi są swej demaskatorskiej misji. Widzowie też się domyślają, że autorzy demaskują. No i autorzy się domyślają, że widzowie się domyślają. A to pewne zagrożenie dla przesłania sztuki, które – można podejrzewać – nie ma mieć silnego przesłania. Więc bohater sztuki pokpiwa sobie z samego demaskowania, żeby widz nie myślał, że tu jakaś misja demaskacyjna odchodzi. To przecież sztuka anty-misyjna. Jeden z bohaterów powtarza więc kilkukrotnie:  demaskuję was, jesteście zdemaskowani. Demaskuje się demaskowanie, które znów zostaje zdemaskowane…. I tak mamy regressus ad infinitum - jak to zwykle bywa gdy się coś odgrywa. Udawanie pęcznieje do rozmiarów świebodzińskiego Kolosa. Zresztą w konstrukcji sztuki to szkielet istotny: aktorzy wiedzą, że odgrywają postać, cytują ją, przerywają cytat, komentują to, co zacytowali, refleksje nad pracą aktorską snują. Tu zawsze ten regressus im grozi – z autentyczności w udawanie popaść muszą. Udawaniem mając obrzękłe prawice – chciałoby się zakrzyknąć. Tylko już wtedy nie wiadomo czy udaje autor, czy udaje aktor, gdy cytuje postać, czy raczej odgrywany przez aktora aktor cytujący postać z czterech pancernych, a może iść dalej, choć to już czysta abstrakcja: odgrywany przez aktora aktor, który odgrywa aktora cytującego postać z czterech pancernych…. i tak w nieskończoność. Przepraszam za tę zawiłość, ale „winni” są autorzy sztuki, którzy zabawili się formą w ten sposób. Jak już raz zacznie się grać, to już później wyjścia nie ma. Nawet to, że się nie gra, trzeba zagrać (tak  to logicznie wynika, choć niektórzy mówią, że logika jest bezwzględnie prawdziwa za cenę tego, że nie ma nic wspólnego z rzeczywistością).

W związku z tym wszystkim, z całą tą demaskatorską pasją myślałem sobie o starożytnym cynizmie, uprawianym między innymi przez Diogenesa z Synopy, którego można by uznać za patrona tej sztuki, opiekuna Wielkiej Sprawy spuszczania balonu nadęcia. Diogenes chodził za Platonem i z niego szydził. Słynne opowiastki: gdy Platon głosił, że człowiek to istota dwunożna nieopierzona, Diogenes oskubał kurę i mu ją przedstawił, pokazując głupotę zabaw w definicje. Cynicy (kynicy) wszelką wzniosłość, ogólność, wyższe sprawy, idee, wykpiwali, powątpiewali w ludzki altruizm, zwyczaj, obyczaj, normę społeczną (mianowaniem na kynika był publicznie wykonany samogwałt), odrzucali też wszelką przyjemność, wygodę - odrzucali całą cywilizację. Jest o co się spierać się świecie kyników.  Ma on swoje racje. Dziś najwięcej w tej sprawie zrobił pewnie Peter Sloterdijk (uwziął się zwłaszcza na wzniosłość i podniosłość frankfurtczyków).

W naszej sztuce mamy między innymi następujące obiekty ataków: jedzenie przez niewychowanych jajka widelcem i nożem, wieśniactwo w Warszawie, oczywiście cały mit powstańczy, wspominany mit czteropancernopsiany (Marusia: Janek ruchać mnie miałeś). Analizie poddane zostają „tablice ku czci”, wątpliwość rzucona zostaje na słynne frazy: „poeta pamięta”, oraz „kwestia smaku”, pewien dystans pojawia się wobec sformułowań takich jak: „debata będzie poświęcona…”. Przedstawiona zostaje śmieszność zachowania uczniaków w szkole podczas uroczystych minut ciszy ku czci.

Jest w tym wszystkim łopatologicznie wyłuszczenie tego, co i tak wszyscy wiemy o naszej polskiej szpetocie, chyba że ktoś nie wie i wtedy może się wkurzyć (trochę to taka pisanka na pis, wbrew złotej regule, by nie drażnić drażliwego, a zwłaszcza już rozdrażnionego „wściekłego psa”). Do tego mamy jeszcze odrobinę publicystyki: problem polsko-żydowski został już rozwiązany, stosunki z państwem żydowskim są OK, ale czy ktoś pamięta o Gazie.

Zakończenie - niczym wyrok. Nie będzie już takiej młodości, nie będzie czterech pancernych, nie będzie tak pięknie, nie będzie takiego teatru, nie ma już takiego aktora, itp. Niech żyje wojna.

Melancholijnie zrobiło się na koniec.

Nie wiem czy to wishful thinking, czy proroctwo, czy naiwność. Bo co będzie to będzie, ludzie generują różne rzeczy, o czterech pancernych zapomną, inne bajki sobie wymyślą, inne legendy potworzą, już potworzyli, i dalej będą się wzruszać. Kynicy zawsze będą mieli pełne ręce roboty. Nie tak łatwo panowie! Jeszcze nie jedną sztukę szyderczą trzeba będzie zmajstrować. Koniec historii nie istnieje, po „post” zawsze jakieś nowe „post” przychodzi. Chciałoby się mieć mowę końcową, sprawę zamknąć. A tu, a kuku...

Tadeusz Bartoś

16:27, tadeusz_bartos , Wpisy
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Zmierzch Bogów

Niemiecka rodzina producentów stali. Jest maj 1933 roku. Ciepła domowa atmosfera, sielanka - gemütlich, mówią Niemcy. Dzieci bawią się, biegają, dużo śmiechu, radości. Dorośli elegancko ubrani, coś tam rozmawiają. Urodziny dziadka – właściciela firmy. Za chwilę wkroczy na scenę. Wszyscy będą mu się kłaniać, wychwalać pod niebiosa. Od jego decyzji zależy kto będzie kim w firmie. Później koncert. Piękna muzyka, śpiewa wnuk, na skrzypcach grają prawnuczki.  Fragment, jeśli się nie mylę, pasji Jana Sebastiana Bacha według św. Mateusza: “Erbarme dich, mein Gott, um meiner Zähren Willen!” (“Zlituj się, mój Panie, miej wzgląd na me łzy”). Zupełnie genialny fragment muzyczny. Taki muzyczny klimat będzie już przez cały czas. Ewolucja dramatu będzie ewolucją muzycznego wątku. W ten rodzinny harmonijny klimat bowiem wdzierać się będą stopniowo coraz gwałtowniejsze dysonanse.

Właśnie nadchodzi wiadomość o podpaleniu Reichstagu. Pewnie zrobili do komuniści  – pojawia się komentarz. Tak mówi Goering – padają wyjaśnienia. Herbert,  wiceprezes firmy, realistycznie stwierdza, że to prowokacja, by pozbyć się opozycji. Dziadek wygłasza program strategiczny firmy: zachowanie jedności i prestiżu przedsiębiorstwa wymaga chronienia go przed naciskami politycznymi.

Dalej wydarzenia przyspieszają. Dziadek zostaje zabity, jak się później okazuje, przez jednego z członków rodziny. Naziści ingerują coraz bardziej w życie firmy. Obiecują wielkie zyski: przemysł niemiecki przestawia się na produkcję zbrojeniową. Herbert ucieka w obawie o własne życie.

Walka o władzę w firmie – oto temat dalszej części spektaklu. Pokazane zostają mechanizmy tej walki. Ludzie w walce o władzę gotowi są do najpodlejszych rzeczy - to chyba kluczowe przesłanie. Aż tyle i… tylko tyle.  Całość, jak już mówiłem w estetycznej, muzycznej formie. Także rytm kroków, słów, jest jakby utworem muzycznym wkomponowanym w dyskretny akompaniament sączących się z głośników dźwięków. Być może estetyzacja – to najlepsza formuła dla zrozumienia tego dramatu. Jedna ze scen osobliwych: napięcie i narastające rozedrganie mięśni pupy gołego wnuka wygłaszającego dramatyczną mowę (w teatrze Wybrzeże zauważyłem lubią pokazywać gołych facetów). Bardzo piękna scena – to akurat mówię bez cienia ironii.

Splot wydarzeń coraz gęstszy, władza nad firmą przechodzi z rąk do rąk, syn matki zazdrosny o kochanka matki, który przejął firmę, wcześniej jeszcze posiedzenie zarządu itd. Spektakl jest niewątpliwe rodzinną sagą.

Ostatecznie wszystko kończy się rytualnym samobójstwem matki i jej kochanka (tych, którzy firmą rządzili) wedle jakiegoś nazistowskiego rytuału, przy świeczkach, z wielkim czerwonym sztandarem ze swastyką pośrodku. Trucizna wlana do kieliszków z szampanem. Pan w stroju błazna (albo dworskiego kawalera – sam już nie wiem), pani w stroju dworskiej damy. Samobójstwo zdaje się w imieniu Trzeciej Rzeszy. Logika tej sceny – pewnie znów estetyczna. Jakoś to ładnie miało wyglądać. I jakoś ładnie wyglądało.

Tadeusz Bartoś

10:52, tadeusz_bartos , Wpisy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2011
Bruno Schulz - Mesjasz

Sztuka na wskroś nowoczesna, świadomie i programowo nowoczesna, widz ma tego pełną świadomość. Wiele planów, dystans, ironia. Treścią jest, w skrócie, jak wiadomo z ogłoszeń, poszukiwanie zaginionego rękopisu dzieła Brunona Schulza pt. Mesjasz. W pierwszej części spektaklu wieje nudą. Kiepskie, wymuszone i nieśmieszne dowcipy (rozmowa tajniaka z murem to tylko jeden przykład), wąska problematyka środowiskowa (pisanie scenariuszy, minister Zdrojewski i jego urzędniczki,  itp.), dłużyzny, ciągłe powtórzenia tekstu jakby scenarzysta miał za mało materiału słownego by wypełnić czas spektaklu, bolesna przewidywalność, żarty w złym stylu, wszystko nad grobem Schulza, który przecież zginął tragicznie, i jakby nikt tego nie zauważa. I tak przez całą godzinę. Nie wiem czy to był zamysł reżysera czy tak wyszło, odbiór utrudniała śmiejąca się z nieśmiesznych dowcipów widownia.

Całość tego uciążliwego brnięcia nie wiadomo w którą stronę znajduje zaskakujący przełom w wykładzie pani reżyser (jedna z postaci w sztuce), który nadaje metaforyczno-metafizyczny sens tej groteskowo-absurdalnej, nudnej, i beznadziejnie nieśmiesznej, kretyńsko nieudacznej, niesmacznej historii. Otóż zaginione dzieło „Mesjasz” jest performansem, a nie tekstem, jest mityczną Księgą Schulza, a więc tym wszystkim co dokonało się i dokonuje w związku z tą księgą (nie przytoczę tutaj z pamięci pięknego tekstu wykładu pani reżyser). Ot i zwrot akcji o sto osiemdziesiąt stopni. Okazuje się, że nieśmieszne dowcipy nie miały być śmiesznymi dowcipami (jak chciała widownia) ale groteskową prezentacją nieśmiesznych i żałosnych postaci i ich przedsięwzięć (w tym przypadku z pionu kultury), które - cha - nabierają mitycznego sensu w związku z Księgą, w związku z poszukiwaniem zaginionej Księgi. Temu obrzydliwemu, nudnemu, odczarowanemu światu, który nawet nie potrafi być śmieszny, przywrócony zostaje magiczny wymiar. Tak przynajmniej chce pani reżyser w swoim wykładzie.

Po wykładzie było już tylko coraz bardziej dramatycznie. Pojawił się szef gestapo z Drohobycza Landau, piskliwym głosem wykrzykujący który z hitlerowców miał swojego Żyda, i że jeden zabił drugiemu jego Żyda, bo tamten zabił mu jego Żyda. Całość przerażająca, gestapowiec jak jakaś nakręcona małpa drze się niemiłosiernie horrendalnym głosem. Ostatecznie nie wiadomo czy to prawdziwy gestapowiec, czy aktor w sztuce pani reżyser, bo ta mu przerywa w pewnym momencie, ten się jednak nie daje, dalej się wydziera, że pewne rzeczy trzeba powiedzieć do końca (nasza widownia śmieje się jakby Landau był komikiem, klaunem, Kobuszewskim w akcji, a nie monstrum Zagłady).

Główny problem gestapowca to film Lista Schindlera, bo w nim szef obozu strzela do Żydów bez munduru, półnagi (nasza widownia śmieje się). A w ten sposób hitlerowiec nigdy nie strzelał do Żydów - to obraza, fałsz, Spielberg żydowsko-amerykański kłamca i on Lindau szef gestapo z Drohobycza chce to wyjaśnić (widownia się śmieje).

Jest w tym spektaklu więcej wymownych wątków. Reżyserka chce zrobić sztukę o zaginionym dziele „Mesjasz”, ale żeby nie było nic o wojnie, o Żydach, o Zagładzie i o tych wszystkich rzeczach, tylko o „Mesjaszu”. Scenarzystka męczy się okropnie próbując spełnić wymagania reżyserki.

Widz w toku przedstawienia zaczyna łączyć rozmaite wątki. Dostrzega łatwo odrębność języków, perspektyw czasowych, osobowych. Ponad to wszystko wydobywa się na pierwszy plan i dominuje wrzask Landaua: pewne rzeczy trzeba powiedzieć do końca... ...Może to właśnie wskazuje na zawartość owej tajemniczej Księgi? Landau i jego hitlerowcy kamraci – może to oni napisali Księgę, dopowiedzieli do końca ideę Mesjasza. Landau i jego koledzy – czy nie oni są aktorami tego performansu…

Ostatecznie pracownicy polskiego ministerstwa kultury i polskiego wywiadu odnaleźli „Mesjasza”. Dzieło okazało się jakieś kiepskie, stwierdził tajniak, i księgę spalił, żeby nie było wstydu. Pani urzędnik też spaliła inny egzemplarz, ale nie wyjaśniła, dlaczego… Wymowne powiązanie śmieciowego przypadku z koniecznością tworzącą Wielki Dorobek Ludzkości. Jedno szydzi z drugiego.

Jeszcze rozmowa z zabójcą Schulza. Nie wiem czy umiem ją odtworzyć. On jakoś się źle czuje, choroby i takie rzeczy. Podejrzewa, że właśnie przez to, że wtedy zabił Schulza może mieć te wyrzuty sumienia, a to oczywiście może się przerzucić na zdrowie. Więc pisze list do Schulza, wyjaśnia, że była wojna i że się wtedy strzelało - man schiesst (widownia oczywiście śmieje się). Pisze od razu też odpowiedź Schulza (no bo Schulz przecież w grobie), że ten mu przebacza. Rozmówczyni ma podpisać w zastępstwie (no bo Schulz w grobie). Pełna samoobsługa.

***

Przez groteskę ironię, jakieś szyderstwo, przebija, gdy się wsłuchać w rytm spektaklu (uodpornić się na chichoty widowni), cała ta historia, no może nie cała, ale jakiś fragment tej historii, tej okropnej przeszłości, w której można było podejść na ulicy i zastrzelić człowieka. I nic się nie stało.

A ciągle chodzi o to, żeby coś się stało…

 

Tadeusz Bartoś

piątek, 09 kwietnia 2010
Początek

Organizatorzy Warszawskich Spotkań Teatralnych poprosili mnie o pisanie komentarzy do przedstawień wystawianych w tegorocznej edycji Spotkań. Rzecz kłopotliwa. Zajmuję się filozofią, wykładam na Akademii Humanistycznej, piszę artykuły i książki o filozofii i religii, nie o teatrze. No ale cóż, raz kozie śmierć...

Chciałbym opisać tutaj wrażenia, jakie odniosłem oglądając poszczególne spektakle. Nie czytałem właściwie recenzji. Mam nadzieje, że pozwoli mi to na nieuprzedzony odbiór. Ufam, że moje uwagi będą dla Czytelniczek i Czytelników jakąś inspiracją.


13:27, tadeusz_bartos , Wpisy
Link Komentarze (3) »